Podobno w oczach ludzi którzy znają mnie przelotem, jestem osobą twardą i bezuczuciową. Właśnie, bezuczuciową. Co, kurwa? Że niby patrzą na innych ludzi i o chuj, ile oni mają emocji, a patrzą na mnie i co? W sumie to nic. Na mojej twarzy maluje się pustka. Patrzą i nic, zero. Ni chuj, nawet pół emocji. I jak o tym usłyszałam od najebanego jak szpadel ziomka, to sobie myślę: "Że co, kurwa?", potem zrobiło mi się smutno, a ten mi jeszcze mówi: "Dobrze od Ciebie usłyszeć o uczuciach raz na 14 lat". Dobił mnie. I sobie tak siedziałam i przycichłam i melancholia we mnie rozgorzała. Bo jak to, ja i bez emocjonalna? Ja rozumiem, mam problem z okazywaniem uczuć, i o tym wiadomo mi nie od dziś. To w oczach ludzi mam, tzw. bitchface całodobowo, rozumiem. W sumie coś by się zgadzało. Bo ja jestem osobą, która zyskuje przy bliższym poznaniu, a oczy to mam albo zjarane albo smutne, mimo że nie czuję ani grama tego smutku. I po dłuższym zastanowieniu (bo przecież mój mózg musiał tą rozmowę przetwarzać 10 razy od tego wieczoru), to i się cieszę z tej bez emocjonalności. Bo nie lubię, kiedy ktoś czyta ze mnie jak z książki. Umiem bardzo dobrze kryć emocje, a z drugiej strony, kiedy już serio pęknę, to można się w nich utopić. I ciągnę w dół nie tylko siebie, ale i każdego obok. Więc robię to rzadko. I przypomniało mi się, że najczęściej Ty byłeś obok, i mnie rozumiałeś, i nie musiałam nic mówić, żebyś wiedział, i znosiłeś to, i wspierałeś. Trochę kiepski wynik, jedna osoba na ponad 20, którymi się otaczam. Bo ja tak trochę nie dla wszystkich jestem dostępna. Wiesz jak bywa, z zewnątrz wieje chłodem, a w środku hektolitry jebanej wrażliwości. No i koniec końców przekułam to na zaletę.